Partner wydania:
czytaj ten artykuł
Odwiedzam znajomych w ich nowym mieszkaniu. Kuchnia niewielka, ale urządzona praktycznie, z myślą o przygotowywaniu posiłków. Sprzęty nie są wyłącznie ozdobą czy miarą zamożności, widać, że wybierane były przez wzgląd na swoją funkcjonalność. Na parapecie w doniczkach rosną mięta, oregano, bazylia i tymianek, obok bardziej swojskie szczypiorek i rzeżucha. Od razu żałuję, że nie kupiłam im w prezencie miniszklarni, którą widziałam w jednym ze sklepów.

Zioła na parapecie to w ostatnich latach coraz popularniejszy trend. Znam takich, co swój niewielki balkon potrafią zamieniać w prawdziwy ogród. Wiadomo, żaden sklepowy produkt nie może równać się z własnymi pomidorami czy rzodkiewką. Kto nie może wygospodarować wolnej przestrzeni dla małego warzywniaka, lub – jak zwykło się mówić – nie ma ręki do roślin, wstaje w sobotę wczesnym rankiem i jedzie na targ, by upolować najzdrowsze, bo prosto od rolnika, warzywa i owoce. Do tego na obiad mięso z zaprzyjaźnionego już gospodarstwa wiejskiego i ziemniaki, zamówione tuż po wykopkach i ułożone w kopcu w blokowej piwnicy. Swojsko i z pewnego źródła, bo tak najzdrowiej i zgodnie z obowiązującą w kuchni modą.


W głowach Polaków w ostatnich latach wiele się pozmieniało. Kiedy po upadku PRL-u nastał rozkwit rynku, a wraz z nim zaczęły mnożyć się produkty na sklepowych półkach, coraz chętniej dostarczane z zagranicy, nasi rodacy, zwłaszcza mieszczanie, przeliczyli sobie, że nie opłaca się robić własnych kiszonek czy konfitur. Gotowe można było nabyć taniej i bez zbędnej pracy. Niczym grzyby po deszczu wyrastały restauracje, do których przeniesiono rodzinne obiady czy bardziej nowoczesne lunche z przyjaciółmi. Ciągnęło nas do Zachodu, który cenił konformizm i nakazywał rozkoszować się jedzeniem bez trwonienia czasu na zbyt długie jego przyrządzanie. Niezdrowa natura tego nastawionego na szybkość i wygodę trendu szybko dała się we znaki. Amerykanie jako najbardziej otyły naród byli na ustach całego świata.

Jednym z największych problemów był i jest cukier, bo dosładza się niemal każdy produkt. Z raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że w ciągu ostatnich 20 lat w naszym kraju trzykrotnie wzrosła liczba dzieci z nadwagą. Waga 11-latków z Polski przekroczyła nawet wagę ich rówieśników w Europie i USA. Specjaliści zaczęli straszyć epidemią otyłości, co poskutkowało głośno komentowaną decyzją polskiego rządu o wycofaniu słodyczy ze szkolnych sklepików. Rodzice zaczęli masowo protestować, a uczniowie ostentacyjnie manifestowali swoje niezadowolenie, przynosząc do szkoły kupione poza nią drożdżówki i kolorowe napoje. I właśnie w takim postępowaniu należy upatrywać źródła problemu. Dzieci różne zachowania podpatrują u rodziców. Jeśli w domu do obiadu pije się colę, a zamiast kanapki kupuje się pączka, trudno wymagać od młodego człowieka, by racjonalnie podchodził do kwestii żywienia. Dlatego pojawiały się głosy, by zamiast ograniczać, uczyć dobrych nawyków. Część społeczeństwa wzięła sobie te zalecenia mocno do serca, co widać choćby w udanej akcji promowania picia wody. Z rozmów z nauczycielami wynika, że coraz więcej dzieci zamiast słodzonych napojów przynosi do szkoły butelkę wody. Co ciekawsze, trend bardziej zauważalny jest w miastach niż na wsiach, a to obrazuje zachodzące zmiany (tak jak kiedyś miasta szybciej przyjęły kulturę jedzenia z Zachodu, tak teraz jako pierwsze wracają do natury).

Rosnącą popularność naturalnych produktów widać też w blogosferze. Blogerzy kulinarni chętnie radzą, jak wybrać dobrej jakości mięso i prezentują przepisy na swojskie dania z wykorzystaniem rodzimych składników. Rosnącym zainteresowaniem cieszą się porady dotyczące tego, w jaki sposób za pomocą przypraw czy napojów spalić zbędne kilogramy oraz jak w naturalny sposób pomóc sobie, gdy łapie nas przeziębienie lub migrena. Nie wspomnę już o naturalnych kosmetykach i metodach pielęgnacji ciała, które od kilku lat przeżywają prawdziwy rozkwit. W kosmetyce, podobnie jak w żywieniu, zwyciężyła zasada, że im krótszy skład produktu, tym zdrowiej i lepiej dla konsumenta. Ten trend szybko podłapali producenci. Coraz więcej sklepów ma osobne półki na tak zwaną zdrową żywność. Możemy znaleźć tam nie tylko produkty bez GMO, z ograniczoną ilością soli czy cukru, pozbawione konserwantów czy sztucznych barwników, ale także szeroką ofertę dla wegetarian. Bo to kolejne zjawisko, które z roku na rok zyskuje zwolenników. Coraz więcej osób niechęć do mięsa tłumaczy nie sprzeciwem wobec zabijania zwierząt, ale podejrzliwością wobec tego, co serwują nam koncerny mięsne. Bo mięso od lat budzi zastrzeżenia. Paczkowane porcje zawierają mnóstwo wody i konserwantów przedłużających jego trwałość, te sprzedawane na wagę zwykle nie mają etykiety z informacją, co znajdziemy w ich składzie, a wędliny serwowane w supermarketach to istna tablica Mendelejewa. Dlatego w miastach, choć jeszcze nieśmiało, powstają niegdyś spotykane na każdym kroku sklepy mięsne z prawdziwą rzeźniczą tradycją. Jeden z właścicieli takiego sklepu po tym, jak do jego wołowiny czy kiełbasy zaczęły ustawiać się kolejki, został nawet okrzyknięty rzeźnikiem celebrytą. Klienci przychodzą nie tylko po wysokiej jakości produkt (który wbrew pozorom wcale nie musi być drogi), ale także po porady w sprawie tego, jakie mięso wybrać na stek czy majówkowe grillowanie. Po drodze kupią też jaja z rynku, koniecznie od wiejskich kur, bo coraz mniej osób może w spokoju myśleć o ciasnych klatkach niosek i chemicznych dodatkach do paszy, które stosuje się, by liczba produkowanych jajek się zgadzała, a właściciele farm mogli utrzymać swój biznes.

Powrót do natury nie oznacza jednak wiernego kopiowania tego, co gotowały nasze babcie. W internecie aż roi się od przepisów na warzywne burgery, dżemy z cukinii albo ciasta z marchewki. Są też porady, jak wykorzystać jesienny spacer po parku, by zaopatrzyć domową spiżarnię w sok z brzozy, herbatkę z kory dębu czy nalewkę z dzikiej róży. Przeciętny Kowalski wie już, że garść owoców rokitnika ma więcej witaminy C niż kilogram importowanych z dalekich krajów cytryn, dlatego przy okazji wizyty nad morzem przywozi sobie kilka gałązek tego krzewu. A dla swoich dzieci zamiast otwierać gotowe dania ze słoiczków, gotuje warzywne zupki i owocowe przeciery. Okazuje się, że wcale nie jest to tak czasochłonne, jak straszą niektórzy, a korzyści dla maluchów są ogromne. Pomału odchodzi się od dosładzania kasz i dosalania obiadków, bo jak wiadomo, gust żywieniowy u dzieci dopiero się rozwija, a zdrowe nawyki wyrobione we wczesnym dzieciństwie owocują zdrowszym trybem życia w przyszłości. Nie dajmy się jednak zwariować – odrobina chemii spożywana z umiarem na pewno nam nie zaszkodzi, tak jak kilka kostek czekolady zjedzonych raz w tygodniu nie spowoduje skoku wagi. Jeśli mamy więc wolny parapet, zastanówmy się, czy nie warto ozdobić go ziołami i przyprawami, które dodatkowo zmotywują nas do własnoręcznego przyrządzania obiadów i być może przez wspólne działanie zacieśnią rodzinne więzy. Jednak nie wyrzucajmy sobie, że sięgnęliśmy po danie z pudełka czy mieszankę przypraw. Pamiętajmy, że ich producenci też zauważają trendy i z pewnością dokładają wszelkich starań, by jakość oferowanych produktów była jak najwyższa.